Tag Archives: kemuzik

Przestrzeń muzyczna?

7 List

Czy muzyka potrzebuje fizycznej przestrzeni? Nie mam na myśli pomieszczeń do jej odsłuchu, ale objętość nośników na których jest zapisana. Czy zmniejszenie obszaru zajmowanego przez utwór z kilkunastu centymetrów kwadratowych na płytach winylowych do 3/1000000000000 dysku 2,5 calowego (około 3MB z 1TB) ma metafizyczny wpływ na jakość jego przekazu? Czy nie jest muzyce ciasno? Być może wcale jej już tam nie ma? Nikt nie jest w stanie zobaczyć ścieżki w takim pudełku. Może to po prostu portal z obcego wymiaru? Jak dużą odczuwam przestrzeń słuchając np. You Better Hide grupy Yello albo Autogenesis Eleven Tigers? Właściwie nieograniczoną i szaleństwem byłoby twierdzenie, że mieści się ona na pewno na moim dysku. Właściwie to mieści się w moim mózgu i całej rzeczywistości jaką w życiu poznałem. Przecież muzyką nie jest zaburzenie otaczającego mnie powietrza, a to jest produktem kompletu cyfrowy zapis + wzmacniacz + głośniki. Gdyby tak było to słuchanie na różnych poziomach natężenia powinno dawać różne efekty. Tak nie jest i nawet modulowanie częstotliwości niewiele zmienia. W dodatku wszystko co wiemy, czujemy i znamy może być nagle w zaskakujący sposób poszerzone o coś zupełnie nowego przez odpowiednią kompilację dźwięków. Jak ktoś potrafi mi wyjaśnić skąd się bierze muzyka to stawiam skrzynkę piwa!

Reklamy

Imogen Heap – Ellipse + Moby – Wait For Me

9 Paźdź

Dwóch znanych muzyków korzysta z fajnego serwisu dzięki któremu nie muszę wgrywać mp3 do plajera po prawej i w dodatku pozwalam Wam słuchać w 100% legalnie ;]. Kilka słów o tym napisałem na netaudio.pl tu: http://netaudio.pl/blog/2009/10/09/imogen-heap-za-darmo-moby-za-darmo-tak/ .


Tutaj sprawdzę jak to działa w praktyce:

Imogen Heap – Ellipse


Moby – Wait For Me
Wait For Me by thelittleidiot


Chyba fajnie posłuchac dobrych płyt?

Leon Somov – Offline EP (2007)

18 Lu

leon somovMam wyrzuty sumienia w związku z tak długą przerwą we wpisach, ale w międzyczasie stworzyłem stronę z aktualnymi utworami, którą pewnie większość z was już widziała. Ci co jeszcze tam nie byli to powinni kliknąć w PlejListę na górze. Poza tym wniknąłem głębiej w świat muzyki darmowej i … niemal bezpowrotnie mnie to wciągnęło. W całym tym pędzie przeglądnąłem dziesiątki, czy nawet setki stron z muzyką oraz artykułami odnośnie creative commons (odnośniki do największych znajdują się na plejliście). Tam też wybrałem częściowo na oślep kilkadziesiąt płyt, z których po wstępnym przesłuchaniu pozostało mi 25 dość ciekawych pozycji. Zdecydowanie moją ulubioną w tym czasie została jedna.


Leon Somov. Litwin. Młodziak studiujący w Londynie tworzenie dźwięku. Wspólnie z wokalistką Jazzu nagrał krótką płytę tak dobrą, że słucham jej w kółko :). Może nie jest to jakaś miarodajna, czy opiniotwórcza charakterystyka, ale trudno. Największe skojarzenia mam z płytą 100th Window Massive Attacku. Głęboka, estetycznie i oszczędnie dobrana elektronika sprawia wrażenie idealnie pełnej. Nie trafłem na żaden dźwięk, który byłby zbędny oraz absolutnie nic bym nie dodał. Każdy (!) kawałek utrzymuje poziom, a całość tworzy zgrabnie zwartą kompozycję mimo dość różnych pojedyńczych pomysłów. Wokal jest trafiony fantastycznie i równie dobrze radzi sobie z angielskim jak z litewskim, który niestety pojawia się tylko w Mano. Niestety, bo jest łagodny, melodyjny, uwodzący i tak miły dla ucha, że zacznę słuchać zespołów litewskich jeśli zawsze tak wychodzi. Drugą piosenkę Leona z litewskim śpiewem możecie posłuchać na plejliście w propozycjach. Pochodzi ona z nowego albumu z remiksami Offline EP, który także jest bardzo udany.


Całość jest do odsłuchania na miejscu, ale zdecydowanie lepiej jest ściągnąć wszystko w lepszej jakości ze strony wydającego Somova netlabelu. W tym celu należy wejść na Sutemos i odnaleźć w spisie po lewej pożądaną pozycję, a następnie na środku wybrać ściąganie całości w folderze zip.


Może jest to po prostu bardzo dobrze trafiająca w moje gusta pozycja, ale z pewnością jest wyprodukowana na światowym poziomie i warto się zapoznać. Ja z pewnością będę śledził karierę Leona, a na myspace’sie jest już kilka nowych fajności do odsłuchania w trochę innej stylistyce. Przy okazji znajduje się tam teledysk do remiksu Mano, który robi wrażenie skradzionego z FashionTv w najlepszym znaczeniu tego porównania.

AKTUALIZACJA

Dla leniwych podaję bezpośrednie linki do płyt i dodatkowych utworów. Wystarczy kliknąć i pobrać, a u osób ze zbyt dużą ilością pluginów (czytaj: jeśli mp3 uruchomi się w przeglądarce) kliknąć prawym myszy wciskiem i potwierdzić „zapisz plik docelowy jako”.

Leon Somov – Offline EP (2007) [7 utworów 70mb]

Leon Somov feat. Jazzu – Offline Remixed (2008) [14 utworów 120mb]

Leon Somov And Aurimas Rimeikis – Kruopu [1 utwór 7mb]

Leon Somov feat. Jazzu and Darius Zickus – Song About Love [1 utwór 7,5mb]

Moonraker – Nada Brahma (2001)

30 Sty

moonraker2Mikromusic odpadło z eliminacji do nadchodzącej eurowizji w wyniki niedostosowania się do regulaminu. Zupełnie przypadkiem natknąłem się na tę informację dnia dzisiejszego. Byłem tak zaskoczony, że przejrzałem dokładnie całą stronę raz jeszcze. Ewidentnie coś się nie zgadzało. W odróżnieniu od grupy docelowej takich informacji nie ciekawiło mnie, co takiego przekreśliło ich „szansę”, ani z jaką piosenką startowali do eliminacji, tylko co do jasnej robi ten wrocławski zespół na tym konkursie?! Bardzo dobrzy muzycy, dobra wokalistka, ciężka praca, dziesiątki koncertów w kraju i kilka lat wybijania się pozwoliło stać się Mikromusic rozpoznawalnym w kręgach raczej alternatywnych, czy też jazzowych. Ja osobiście zawsze ich lubiłem mimo, że nie słucham w domowym zaciszu. Podoba mi się lekkość kompozycji oraz głos Natalii, ale trochę drażnią, jak dla mnie zbyt poetyckie teksty. Może moja wrażliwość jest niezbyt czuła na delikatne różnice między sztuką , a kiczem i odruchowo, jak coś mnie denerwuje to wrzucam do kiczu. Nie mówię tu konkretnie o piosenkach zespołu, ale o samej naciąganej alternatywności i „ty tego nie rozumiesz”. Dlatego jak ktoś śpiewa o kardamonie i pieprzu to już dla mnei za dużo. Wolę proste metafory w języku zrozumiałym dla takich przeciętniaków jak ja.


Mikromusic lubię i jak słyszę w radio jadąc samochodem to nie zmieniam. Digit-All-Love lubię bardziej, ale głównie za sprawą muzyki. Jednak w obu formacjach brakowało mi czegoś. Słuchałem, bo było blisko spełnienia moich muzycznych oczekiwań, ale coś nie do końca grało, jak trzeba. W tak zwanym między czasie znalazłem Ich. Złoty środek. Dziesiątki tysięcy punktów więcej i plus kilka leveli experience. W dodatku ze Stanów, więc śpiewają po angielsku bez zbędnych akcentów i dodatkowo nawet zbyt kontrowersyjne lub tandetne teksty, które mogłyby się pojawić można z łatwością wpuścić przez drugie ucho.


Moonraker. Amerykański poprawiony odpowiednik naszej mikromuzyki połączonej w jedno z Digitalllove. Kelli Scarr śpiewa z taką samą lekkością, jak Natalia i z podobną nutą jazzu w głosie, jednak tutaj wydaje się to wszystko być milion razy bardziej naturalne. I nie ma się wrażenia jakby śpiewała z na wpół zamknietym gardłem. Na stronach sprzedających płyty grajków z Bostonu (teraz już NY) można znaleźć kilka wydawnictw jednak w formie prawdziwej audio cd nie dostaniemy już albumu o tym samym tytule co zespół, który jest podsumowaniem początków twórczości. Zdobyłem za to Nada Brahma, która w zupełności zaspokaja mój apetyt.


Tutaj powinienem zacząć opisywać muzykę. Na portalach, jak porcys zostałoby mi zarzucone, że recenzja nie mówi o muzyce i, że to pseudointelektualny bełkot, dzięki któremu pozwalam ulżyć swoim literackim zapędom. Wyobraźcie sobie, że „prawdziwi melomani” opisują muzykę przez klawisze kalwiatury i wydaje im się, że robią to tak dobrze, że czytelnik od patrzenia słyszy dźwięki. Jeszcze nigdy nie przeczytałem takiej recenzji, żeby nie musieć słuchać krążka. Zazwyczaj potrzebuję ogólnie nakreślonej formy zawartości, aby odnaleźć, czy gatunek muzyczny nie jest z tych, które omijam z daleka. Potem zaczyna się szukanie po youtubie, myspaceach, stronach wykonawców itd. Lepiej niż powyżej nie określę zawartości Nada Brahma. Mogę jedynie stwierdzić, że jest NAPRAWDĘ warta zapoznania się. A ja umożliwiam wstępne zapoznanie się w takiej jakości w jakiej pozwala internet. Wszystkie utwory już znajdują się na pomarańczowej liście.


Co do darmowych możliwości zdbycia Moonraker to na stronie sklepu payplay.fm po zarejestrowaniu się otrzymujemy punkty karmy, która można wymienić na wybrane piosenki. Później szukamy pożądanego zespołu i patrzymy, czy na liście utworów jest różowy przycisk zamiast ceny. Klikamy, potwierdzamy, ściągamy. Moonraker oddaje w ten sposób kilka mp3. Można też co nieco posłuchać na ich myspace.


P.S. Posiadam jedną zafoliowaną płytę Nada Brahma. Zainteresowanych proszę o kontakt mailowy lub gg. Chyba zrobimy aukcję. Kto się zgłosi i da więcej do dnia 5 lutego mozę ją odebrać osobiście we Wrocławiu lub poprosić o wysyłkę dokądkolwiek.

Seluah – Seluah EP (2002)

28 Sty

folderWiem, że 2002 rok był bardzo dawno temu, ale muszę napisać o tych kilku utworach. Muszę też dać wszystkim możliwośc ich odsłuchania. W marnej jakości, ale zawsze jakiejś, umieściłem je po prawej w „pudełku”.


Zastanawialiście się kiedyś jak to jest możliwe, że zespół, bądź wykonawca nagrywa kapitalny kawałek? W przypadku dobrych muzyków nie dziwi to jakoś bardzo, ale co z wielką ilością beztalenci? Nie raz zdarzyło mi się, że usłyszałem miłe dźwięki i zachęcony odkryciem szukam więcej pod tą samą nazwą, ale bezskutecznie. Wszystkie inne są absolutnie nie do słuchania! Przypadek? Dobry dzień? Natchnienie? Nie bardzo to realne, żeby żadne z tych trzech nigdy się nie powtórzyło. Wywnioskowałem zatem, że to nie osoba tworzy dzieło, ale dzieło znajduje sobie wyjście na świat przez Bogu ducha winnego przeciętniaka. Skoro dusza potrzebuje medytacji, ciało potrzebuje snu i nocnych marzeń, ludzkość w niewytłumaczalny sposób stworzyła tyle „cudów świata”, a mózg reaguje na bodźce zewnętrzne w tak skomplikowany i subtelny sposób, że nie da się tego naukowo wyjaśnić, a jednocześnie przyroda, włączając w to człowieka, aby istnieć w pełni wymaga wszechogarniającej harmonii, to czemu dźwięki nie mogą być częścią tej mistycznej układanki? Przecież to zupełnie logiczne, że umysł pod wpływem czynników zewnętrznych staje się bardziej płodny. Łączymy to z wrodzoną, podświadomą zdolnością wyczuwania rytmu i wyobrażania dźwięku i voila! Konkretne miejsce, czas i zdarzenie staje się bramą dla idealnie czystej muzyki, która dodatkowo wg mojej teorii prędzej, czy później i tak gdzieś się pojawi, bo jest niesforna i nie wytrzyma w niebycie.


W przypadku Seluah mamy do czynienia z bardzo zintensyfikowaną wersją przedstawionych zależności. Po pierwsze: zespół tak nagle jak coś wydał, tak nagle też skończył (przynajmniej do dziś); po drugie: nie jeden, ale wszystkie utwory są naprawdę wyjątkowe; po trzecie: stało się to tak dyskretnie, że poza sklepami z niezależną muzyką, gdzie można ściągnąć mp3 (i flac na szczęście) nawet wujek google nic nie wie na ich temat. Grupa powstała w roku 2000 i zapewne gdzieś w rejonie swojego zamieszkania daje wciąż jakieś małe koncerty, ale z pełną odpowiedzialnością mogę ich skompresować do epki.


Pięć numerów na jedynej wydanej EP poszerzyłem o jeden znaleziony na składance „Louisville is for Lovers” z 2003 – Black Dress Revolution, który klimatycznie pasuje doskonale. Wpisanie tytułu w wyszukiwarce w cudzysłowiu daje 56 wyników, które w 99% kierują do mojej strony na laście. Zaprawdę bardzo nieznana kapela. W zespole nie ma lidera i żaden z członków nie miał nigdy zajęć z gry na instrumencie, ani śpiewu. Na lokalnej stronie Louisville jest jeden wywiad z chłopakami z 2003 roku. I w ten sposób najobszerniejszym tekstem na temat Seluah jest niniejszy.


Seluah to imię syreny. Uwodzi każdego, kto ją usłyszy, a potem zabija. Mnie uwodzi za każdym razem jak słucham, a mogę w kółko. Zabija natomiast niezaspokajalne pragnienie ukazania się całego albumu. Prawdopodobnie nie nastąpi to nigdy.


Mamy oto możliwość posłuchania muzyki, która powstała sama, gdzieś na pograniczu ziemi i kosmosu, a następnie zstąpiła na taśmy w mieście mniejszym od Wrocławia. Może z drugiej strony jest to zupełnie przeciętny zespół, który jedynie mi się spodobał i żadne czary mary nie mają nigdzie miejsca. Może.

Jason Mraz – Live (Rotown, Netherlands 2007)

15 Sty

Po 3 dniach w łóżku z gorączką od 35,2 do 39,9 jestem w stanie znowu coś napisać. Nietrudno odgadnąć, że w takim stanie nie bardzo ma się ochotę na słuchanie czegokolwiek co nie wprowadza w lepszy humor.


W Stanach znany przez każdego, kto ma radio, w Holandii, Szwecji i Niemczech podobnie, a u nas? We Wrocławiu w Empiku jest jeden egzemplarz najnowszej płyty i to horrendalnie drogo. Ostatnio w związku z nagraniem „Lucky” w towarzystwie Colbie Caillat pojawia się w polskich stacjach radiowych. Niestety nie jest to najlepszy początek na poznanie Jasona Mraza.

Najlepiej zacząć od początku, czyli od dema Mraza z 1999 roku: „A Jason Mraz Demonstration”. Jest mały problem. Albumów niestudyjnych praktycznie nie da się zdobyć. Demonstracja jest 30 minutową koncertową epką w pełni charakteryzującą następne 10 lat twórczości. W skrócie: pan czeskiego pochodzenia z melodyjnym popowym głosem i świetnym wyczuciem rytmu + gitara. Tylko proszę nie kojarzyć z Jose Gonzalezem, czy Finkiem, bo to jest wypełnione pozytywnymi emocjami. Doszło kilka lat, kilka albumów, kilkaset koncertów i z pewnością nie ubyło talentu i łatwości grania na żywo.

Zanim przejdziemy dalej radzę każdemu użytkownikowi Winampa, któremu obce są jakiekolwiek inne formaty audio niż mp3 i wma ściągnąć z tej strony plug-in i zainstalować. Pozostali jakoś sobie poradzą. Dodatkowo wartą uwagi jest sprawa legalności rozprzestrzeniania bootlegów. Na swojej oficjalnej stronie Mraz popiera zgrywanie oraz wymianę jego koncertów. Kto nie wierzy niech sam przeczyta tutaj.


Może ktoś pomyślał, że to głupota prezentować jakieś nagranie z koncertu, skoro gość ma trzy oficjalne wydawnictwa, co? Błąd! Od początku Mrazowej kariery wszem i wobec wiadomo, że to jest zwierzę sceniczne a albumy są po to, aby można było live grać inne wersje ;]. Poza tym trudno u nas dostać jego płyty, a jakość prezentowanego nagrania jest boska, bo z „soundboardu”. Przejdźmy do sedna. Jest taka fajna strona archive.org, która mieści mnóstwo treści bez praw autorskich. Jason Mraz, Holandia, rok 2007, Rotterdam. Trzeba ściągnąć każdą piosenkę osobno i bardzo dużo miejsca zajmą, ale warto. 85 minut największych hitów oraz 2 piosenki z najnowszego krążka, który wyszedł pół roku temu. Wg mnie jest to najlepszy set na zaznajomienie się ze stylem Jasona. Taka wyrocznia. Nie spodoba się, to już nie ma co próbować innych płyt. Spodoba się, to powoli staniecie się wielbicielami.

P.S. na rozweselenie polecam posłuchać gadki na początku „After An Afternoon” 😀

P.P.S. mój komputer odmówił chwilowo posłuszeństwam, więc próbki po prawej stronie pojawią się wkrótce (myślę, że demonstracja)

P.P.P.S. jakby ktoś się zakochał, to mam jeszcze dwie nieużywane płyty Mr.A-Z do sprzedania. Proszę pisać maile na adres, który też gdzieś z prawej się znajduje

Black Era – …then… (2007)

12 Sty

then Na zachętę do częstych odwiedzin zaproponuję najpierw płytę darmową. Jednocześnie wypromuję troszkę portal z muzyką CC.


Nie wiem czemu, ale w ogólnej świadomości jeśli coś jest darmowe to znaczy, że zapewne nie jest warte pieniędzy. Myślę, że statystycznie żadna z osób słuchających Massive Attack, Portishead, Tricky’iego itd. nigdy nie słyszała o Black Era. Mogę się też założyć, że jeśli zespół wydałby album i w Media kosztowałby około 100zł to byłby ubóstwiany przez tychże słuchaczy.


Zespół trip-hopowy w pełnym znaczeniu tego słowa. Na szczęście nie śpiewają po włosku. Głównie nie śpiewają po włosku. Kompozycje są…. chwila! Po co mam próbować opisywać cokolwiek skoro za dwa kliknięcia możecie sami posłuchać i sami ocenić.


Oto link do strony albumu na Jamendo. Na pierwszy ogień polecam utwór tytułowy, The Tunnel, Bowtoday…