Czy muzyka potrzebuje fizycznej przestrzeni? Nie mam na myśli pomieszczeń do jej odsłuchu, ale objętość nośników na których jest zapisana. Czy zmniejszenie obszaru zajmowanego przez utwór z kilkunastu centymetrów kwadratowych na płytach winylowych do 3/1000000000000 dysku 2,5 calowego (około 3MB z 1TB) ma metafizyczny wpływ na jakość jego przekazu? Czy nie jest muzyce ciasno? Być może wcale jej już tam nie ma? Nikt nie jest w stanie zobaczyć ścieżki w takim pudełku. Może to po prostu portal z obcego wymiaru? Jak dużą odczuwam przestrzeń słuchając np. You Better Hide grupy Yello albo Autogenesis Eleven Tigers? Właściwie nieograniczoną i szaleństwem byłoby twierdzenie, że mieści się ona na pewno na moim dysku. Właściwie to mieści się w moim mózgu i całej rzeczywistości jaką w życiu poznałem. Przecież muzyką nie jest zaburzenie otaczającego mnie powietrza, a to jest produktem kompletu cyfrowy zapis + wzmacniacz + głośniki. Gdyby tak było to słuchanie na różnych poziomach natężenia powinno dawać różne efekty. Tak nie jest i nawet modulowanie częstotliwości niewiele zmienia. W dodatku wszystko co wiemy, czujemy i znamy może być nagle w zaskakujący sposób poszerzone o coś zupełnie nowego przez odpowiednią kompilację dźwięków. Jak ktoś potrafi mi wyjaśnić skąd się bierze muzyka to stawiam skrzynkę piwa!
Tagi: kemuzik